Powót do strony głównej

Wyjątki z pamiętnika (za/s)*palonego gracza.

Ver. 07/13 AD.1998 Quest for the holy milk. Grać, GRać, GRAĆ!!!

Tak się stało, że wczoraj znów grałem. Zasadniczo nie wiem jak to się mogło zdarzyć, ale się zdarzyło. Widocznie mój organizm uodparnia się na te środki co mi przepisał lekarz. Do siebie przyszedłem, gdzieś w południe. Pamiętam, bo ktoś mnie wyciągnął spod nadjeżdżającej ciężarówki. Chyba szedłem po mleko lub coś takiego. Wiem, że ten quest miał być bardzo łatwy. Przynajmniej tak twierdziła porucznik commander na briefingu. Ten facet, co mi wygrażał z samochodu, przypominał mi klienta, co go wieczorem usiekłem w tawernie. Może nawet był jego bratem. No, ale tak szybko to chyba sequela nie wydają. Chociaż dzisiaj zanim pojawi się w sprzedaży jedynka, to już w zasadzie wiadomo co będzie w części czwartej. W każdym bądź razie za tego co go śmiertelnie uszkodziłem w tej karczmie dostałem trzy punkty siły. No więc tego z ciężarówki postanowiłem zostawić na później. Aż wskoczę na wyższy level, bo na oko klient miał ze dwieście pięćdziesiąt strenghtu. Poza tym nie miałem przy sobie żadnego oręża z prawdziwego zdarzenia. Co prawda w kieszeni był kozik, ale postanowiłem zatłuc najpierw parę słabiej uzbrojonych kościotrupów i za ich złoto zakupić jakiś miecz i tarczę u kowala.

Tymczasem skorzystałem z pomocy całkiem ładnej dziewczyny. Przypomniałem sobie jak byłem w katakumbach. Podobna twarz, długi warkocz. Tylko zderzaki trochę nie te. No cóż, w końcu nie w każdym teamie mają dobrych grafików. Tak na wypadek spojrzałem czy ma przy sobie kolty. Nie miała. Teraz pewnie ukrywała się pod zmienionym nazwiskiem. Postanowiłem włączyć ją do drużyny. W końcu musiałem wykonać ten quest. Ludzie w schronie czekali rozpaczliwie na mój powrót. Nie mogę ich zawieść. Kolonia musi przetrwać za wszelką cenę. Usiadłem na ławce. Kombinowałem jak ją zwabić, by ten quest wykonała ze mną. Po tej ciężkiej samotności w mroku, zacząłem już nawet szukać sidebara z opcją save'u, ale udało mi się rozwiązać zagadkę. Skorzystałem z pomysłu mojego kolegi Larrego. Bałem się tylko, że znów host mi powie, że to jest nieczyste zagranie. Spojrzałem jej głęboko w oczy. Już wiedziałem, że jest moja. Spośród dostępnych zdań rozpoczynających rozmowę wybrałem jedno.

- Masz piękne oczy - powiedziałem wkładając w to całą swoją manę, co spowodowało, że teraz byłem już całkowicie bezbronny.

Podziałało, zresztą na mnie też. Dalej było już prosto. Wraz z nią udałem się na północ. Mówiła, że też tam idzie, ale ja wiem, że czar pod nazwą zaślepienie musiał tu zadziałać samoistnie, mimo, że nie miałem przy sobie ni grama czarodziejskiego proszku. Udaliśmy się do nowo postawionej faktorii. Tam zdobyłem napój oraz chleb. Za resztę zakupiłem lody dla niej i dla mnie. Złot(ych)a prawie nic mi się nie zostało. To był skandal. Znów jakiś ignorant projektował moduł handlu. Nie dało się w ogóle targować. A w zapowiedziach miała to być taka realistyczna gra. No cóż. Dobrze, że chociaż ona była zadowolona. Musiałem wracać. Ona zresztą też. Jakoś tak nam zeszło to wracanie, że był już wieczór. Już myślałem, że źle ustawiłem suwak z prędkością, ale nie. Był w porządku, chociaż nie do końca. Nie mogłem go przesunąć, żeby spowolnić akcję. Przestałem próbować, kiedy na mnie dziwnie spojrzała. Chyba wtedy powiedziała, żebym zostawił w spokoju tą zwrotnicę kolejową. No więc musieliśmy wracać na skróty. Zrobiło się ciemno. Zacząłem żałować, że nie wziąłem ze sobą miotacza płomieni, albo przynajmniej jakiejś szabli. W końcu sam widziałem, jak wokół niejednej wioski czaiły się Ghoule. A ile dopiero takich stworów mogło się czaić w takich długich kanałach. Przedzieraliśmy się cichcem, przez jedno podwórko, gdy nagle zza kosza na śmieci, zapewne ustawionego tam specjalnie przez kumpli tego z tawerny wyskoczyło paru osobników. Cholera, to byli Niemcy. Byli tak samo ubrani, tylko bez hełmów. Może była to jakaś pięćdziesiąta kolumna? Dobrze, że chociaż nie mieli przy sobie automatów. Nie mogłem liczyć na swoich kolegów komandosów z oddziału. Teraz w stopniu marszałków polnych wypoczywali, aż do następnego zadania na drugiej półce od góry.

Poza tym winić mogłem tylko siebie, że się tak łatwo dałem podejść. To nie było Colorado, tu byli gangsterzy ze zorganizowanej przestępczości. No, ale wieżyczek strażniczych nie widziałem, no chyba, że ustawił je jakiś agent KGB za moimi plecami. Ci co nas dopadli mówili ciągle, żebym im oddał jakieś papiery. Wspominali, że mają być zielone. Dziewczyną mieli się zająć później. Chciałem zagrać jakoś inaczej, ale napastnicy uporczywie wypowiadali tą samą kwestię. Tych cymbałów, co mówią, że to miała być pierwsza w historii gra interaktywna należałoby powywieszać. W tej chwili za grywalność miałem im ochotę dać minus czterdzieści w skali od zera do dziesięciu. Na osłodę można tu tylko dodać, że za dźwięk należałoby dać wysoką notę. Nie dość, że dobrej jakości głośniki wystawały z szóstego piętra, to leciała z nich muzyka w nastroju horrorowo - sensacyjnym. No nie wiem, czy nie była ukradziona z jakiegoś filmu, ale za to dobrze obrobiona. To jeszcze nie wszystko. Klimatu dodawały jakieś krzyki zarzynanych w klatce obok. W oddali wył pies klasy jamnik szorstkowłosy, a wiatr złowieszczo trząsł rachitycznym drzewkiem wbitym nie wiadomo przez jakiego sadystę prosto w odłam betonu.

Jednak niezły dźwięk, nie poprawił złego wrażenia o nieinteraktywności. Zanosiło się, że wszystko zakończy się pojedynkiem. Postanowiłem sformować szyk bojowy. Co prawda nie miałem, jak na przykład jako Centurion w tej chwili wielu możliwości, ale się nie poddałem. Utworzyłem dwuszereg. To znaczy ja przed nią. Jednak ze względu na istotną przewagę przeciwników postanowiłem wykonać dwie rzeczy. Po pierwsze zasejwować. Niestety jak zwykle w takich momentach genialni twórcy nie przewidzieli tej prostej opcji. Pewnie tak samo jak w tej grze co strzelałem do obcych z karabinka snajperskiego, trzeba będzie powtórzyć cały level od początku, gdy mnie wykończą. Nie ukrywam, że nie bardzo spodobała mi się ta opcja. To znaczy wykańczanie mnie. No to przystąpiłem do realizacji punktu drugiego. Chciałem wpisać jakiś cheat, no oczywiście oprócz KillMe. Niestety tu mi się również nie udało. Widocznie była to jakaś niezarejestrowana wersja shareware lub co gorsza demo. Nie pozostało mi nic innego jak rozpocząć finalny konflikt. Chciałem skoczyć na nich jak Cage i szybko ich skopać. No i skoczyłem. Ale mi to fatality nie wyszło. Zapomniałem jaka to była kombinacja klawiszy. Spadłem za wcześnie na ziemię, obrywając od jakiegoś napastnika pałką. Według mnie to był skandal. Nic takiego, że będą używali pałek w manualu nie napisali. No i chyba ktoś mi w tym momencie wyłączył prąd, bo zgasło wszystko. Zapewne wujek leżąc pod samochodem znów spawał gdzieś w garażu pęknięty bak. Ostatnio, gdy tak robił to jeszcze takiego kolorytu wybuchów w żadnej grze nie widziałem. Od niego powinni się uczyć ci co robią te gry.

Kiedy zrebotował mi się system nad sobą ujrzałem smutną twarz dziewczyny. Gdy jednak zobaczyła jak otwieram oczy uśmiechnęła się ta moja wirtualna baby. Jeżeli ona była ze mną, to już zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie użyła jakiegoś teleportera, by w ten sposób nas ratować. Rozejrzałem się wokół. Nie użyła. Dokoła leżały ciała tych Niemców. Wiem, że chodziły słuchy, że w tym mission disku główną rolę będzie grała kobieta, ale nie sądziłem, że będzie aż tak dobra. Musiała mieć ze czterysta punktów dexterity, że ich wszystkich uziemiła. To się kumple zdziwią jak się dowiedzą. No, teraz każdy mi będzie zazdrościł, że mam ją w drużynie. Żaden mi już nie podskoczy.

Ruszyliśmy w drogę do domu. Zmartwiłem się tylko, że mój napój co go miałem dostarczyć do schronu zniszczył się podczas działań wojennych, ale co tam. Zawsze mogę zrobić sequela. Odprowadziłem ją do chaty. Znów skorzystałem z pomysłów mojego kumpla Larryego. Całus był długi i namiętny. Teraz się przekonałem, że misja zakończyła się pełnym sukcesem, a miodność gry stoi na bardzo wysokim poziomie.

No cóż, co do sukcesu questu to zupełnie inne zdanie miał commander porucznik w bazie. Miałem już nawet przyciszyć głośniki, żeby nie słuchać tej zbyt długiej tyrady, ale stałem jak zamrożony. Chciano mnie nawet ponownie skierować do misji tutorialowych, lecz się nie dałem. Ciągle wybierałem opcję Campaign. W końcu udało mi się przedostać do bunkra dowodzenia. Zaryglowałem drzwi, by nikt mi nie przeszkadzał i połączyłem się sieciowo z moim nowym członkiem drużyny. Można powiedzieć, że tej nocy Internet należał do nas.

Dlatego uważam, że wersja dwuplayer tej gry nie ma sobie równej, a ci którzy grają solo nie wiedzą co tracą. Przynajmniej tutaj projektanci nic nie schrzanili. Podobno jeszcze lepsza jest wersja multiplayer, ale coś mi się widzi, że jest o wiele bardziej trudna. Trzeba stosować zupełnie odmienną strategię, a zbyt wielu śmiałków już po drodze ekstatycznie poległo.

Przechodziłem w rzeczywistość wirtualną tzn. kładłem się spać jak mówią niektórzy wiedząc, że za kilkanaście dni być może będę musiał sprzedać coś z city improvements, jeśli dalej będę tak przeholowywał z wydatkami na telekomunikację. Ale ryzykować było warto. Niemniej jutrzejsza partia zapowiadała się jeszcze ciekawiej.

* niepotrzebne skreślić (można nic nie skreślać)

DAG Spirit
e-mail: despirit@friko6.onet.pl

(Tekst znalazłem w czasopiśmie CD-Action)